Stoisz przed półką uginającą się od stu rodzajów jogurtu, a w głowie masz pustkę. Zastanawiasz się, co zjeść na obiad, przeglądając kolejne aplikacje z jedzeniem na wynos. Tymczasem kilkadziesiąt lat temu odpowiedź była często zaskakująco prosta, zwłaszcza w poniedziałek. Kuchnia naszych babć rządziła się logiką i rytmem, którego dziś próżno szukać. Poniedziałkowy jadłospis nie był wynikiem kaprysu, a przemyślaną strategią, która miała odciążyć i portfel, i żołądek po niedzielnej uczcie.
Poniedziałek – czas na kulinarny reset
Niedziela była dniem świętym. Na stół wjeżdżał rosół, kotlet schabowy wielkości talerza, a do tego góra ziemniaków i mizeria. Obiad oraz deser kończyły się często uczuciem błogiego przejedzenia. Dlatego poniedziałek, z samego założenia, musiał być dniem postnym i oszczędnym. Nikt nie myślał o marnowaniu jedzenia, więc poniedziałkowy posiłek często bazował na tym, co zostało z niedzieli. Co więcej, mięso było produktem luksusowym. Jego regularne spożywanie wcale nie było normą. Statystyki Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) pokazują, że w 2022 roku statystyczny Polak zjadał ponad 70 kg mięsa rocznie. W latach 60. XX wieku liczba ta oscylowała wokół 45-50 kg. Ta różnica doskonale pokazuje, jak bardzo zmieniła się nasza żywność i podejście do niej. Poniedziałek był więc naturalnym dniem na odpoczynek od ciężkostrawnych potraw, co babcie i dziadkowie stosowali intuicyjnie.
Zupa – królowa poniedziałkowego stołu
Jeśli jest jedno danie, które definiuje poniedziałkowy obiad naszych babć, jest nim zupa. Gęsta, sycąca i przygotowana z prostych, dostępnych składników. Często była to zupa gotowana na wywarze z warzyw, bez grama mięsa. Królowały kartoflanki, zalewajki na domowym zakwasie, krupniki czy proste zupy jarzynowe. Zupa miała rozgrzać, nasycić i dostarczyć cennych składników odżywczych. Przykładowo, zalewajka, bazująca na żytnim zakwasie, była źródłem probiotyków wspierających florę bakteryjną jelit, na długo zanim stało się to modne. Babcie doskonale wiedziały, co robią, serwując takie dania. Taki posiłek był tani, prosty w przygotowaniu i pozwalał wykorzystać warzywa, które akurat rosły w ogródku lub były dostępne na targu. Była to żywność w najczystszej postaci.
Nie samą zupą człowiek żyje, czyli co jeszcze jadły nasze babcie
Oczywiście, poniedziałkowy jadłospis nie ograniczał się wyłącznie do zupy. Drugie danie, o ile w ogóle było, również cechowała prostota. Ziemniak był tu absolutnym bohaterem, przybierając najróżniejsze formy. Pojawiały się placki ziemniaczane smażone na złoto, podawane z kwaśną śmietaną lub cukrem. Popularne były też kopytka, leniwe pierogi czy pyzy, często okraszone jedynie cebulką zeszkloną na oleju. Dużą rolę odgrywał nabiał – twaróg, śmietana, maślanka. Dania mączne, jak naleśniki z serem czy racuchy z jabłkami, stanowiły pełnoprawny obiad, który każde dziecko jadło z apetytem. Kasze, jak gryczana czy jaglana, były stałym elementem diety, dostarczając błonnika, witamin i minerałów. Nikt nie przejmował się skomplikowanymi przepisami – liczyła się sytość i smak, który płynął prosto z jakości składników.
A co na deser? O słodyczach, których prawie nie było
Współczesne dziecko ma dostęp do cukierków, batoników i słodkich napojów na każdym kroku. Coraz więcej osób zmaga się z konsekwencjami nadmiaru cukru w diecie, jak otyłość czy cukrzyca. Dla naszych babć słodycze były rarytasem, zarezerwowanym na święta i specjalne okazje. Poniedziałkowy deser? Cóż, najczęściej go nie było. Jeśli już się pojawiał, to w bardzo skromnej formie. Mógł to być domowy kisiel owocowy, jabłko upieczone z cynamonem albo po prostu świeży owoc zerwany prosto z drzewa. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH, choć Polacy zawsze lubili słodkości, to struktura spożycia cukru drastycznie się zmieniła. Kiedyś głównym źródłem był cukier dodawany w domu, dziś pochłaniamy go głównie w przetworzonych produktach, często nieświadomie. Babcie nie musiały kontrolować ukrytego cukru, ponieważ większość produktów w sklepach go nie zawierała.
Mądrość z babcinej kuchni – lekcja na dziś
Czerpanie z tradycji kulinarnych naszych przodków to nie tylko sentymentalizm. To przede wszystkim powrót do zdroworozsądkowych zasad, o których w dobie żywności wysoko przetworzonej zdajemy się zapominać. Babcie jadły to, co sezonowe i lokalne, bo innej opcji po prostu nie miały. Pomarańcze zimą były luksusem, a sałatka w styczniu abstrakcją. Dieta oparta na dużej ilości warzyw i owoców z własnego ogródka, kaszach, ziemniakach i nabiale od sąsiada była naturalnie bogata w błonnik, witaminy i minerały. Gotowanie od podstaw eliminowało z diety konserwanty, wzmacniacze smaku i tony cukru. Regularne spożywanie kiszonek, jak kapusta czy ogórki na zakwasie, wspierało odporność, co od wieków wykorzystywano w medycynie ludowej.
Przy następnym planowaniu tygodniowego menu, dobrze jest się zatrzymać. Pomyśleć o prostocie ziemniaka, sycącej mocy kaszy czy głębi smaku zupy na prawdziwym zakwasie. Kuchnia, w której gotowały nasze babcie, nie jest skansenem. Jest praktycznym przewodnikiem po odżywianiu, który nic nie stracił na aktualności. Czasem najcenniejsze lekcje kulinarne mamy tuż pod nosem, w starych, pożółkłych zeszytach z przepisami, które pokazują, jak smacznie i zdrowo można żyć bez zbędnych komplikacji.
